Pożegnanie lata – wrzesień 2018

Niebo upałem rozżarzone do białości.
Koniec lata, najdłuższego mojego wakacjowania między ośnieżonymi szczytami gór a morzem z we wszystkich odcieniach błękitu.
Nad białą plażą w ogródkach wypełnionych po brzegi kwiatami, szeregiem stoją rybackie domy jak ule dzikich pszczół. Wieczorne zapachy idą do głowy jak tutejsze wino.
W wąskich uliczkach, na kamiennych płytach wylegują się spasione świeżą rybą koty. Nikomu nie schodzą z drogi. Głaskane przez przechodniów mrucząc z aprobatą prężą puszyste ogony.
Rankami okolica pełna dziecięcych głosów. Nawołują się najgłośniej jak potrafią. Gnają na bosaka przez całą wioskę bo wiedzą, że gdy słońce będzie wysoko to matki zagonią je do domów i dopiero pod wieczór zostaną uwolnione .
Wtedy ruszą krzykliwą gromadą w stronę portu, gdzie czerwono płonie zachód, rybackie łodzie poruszane lekką bryzą, z szelestem ocierają się o siebie. Cicho, z gasnącym wiatrem wracają żaglówki podobne do kolorowych motyli.
Z dnia na dzień odwlekam myśl o powrocie do domu. Ale dłużej już się nie da!
Jadę rowerem do miasteczka na wzgórzu, naszpikowanego wieżami, minaretami i miedzianymi kopułami odbijającymi słońce o każdej porze dnia. Z przyjaciółmi spotykam się na pożegnalnej kolacji i mówić sobie będziemy jak piękne a krótkie jest życie, jak nie poddamy się smutkom rozstania i że na pewno w przyszłym roku….
Obmyślam toast dla każdego, Nade mną łagodne koła zatacza stado gołębi.
Z za ostrego zakrętu wypada ciężarówka. Nagły huk i dłuuuuugo, dłuuugo lecę w powietrzu.

*********

Wiezie mnie rozklekotana karetka pogotowia. Przeciągła syrena. Sufit samochodu zatacza się z boku na bok. Otwierają się drzwi i….
Spadam w ciemność, skończona moc światła.
Kiedy otwieram oczy, nie ma żadnego koloru, nie widzę nic, tylko gdzieś wysoko w przestworzach, bezszelestnie przemyka stado nietoperzy, wirują jęki, chrapliwe westchnienia.
Sporo czasu mija zanim poczuję, że leżę na łóżku, że jest noc, że ten duszący zapach, który przygniata mi piersi to po prostu zwykły, szpitalny klimat.
Rano nade mną rozmawiają dwie męskie twarze. Zaglądają pod powieki, dotykają głowy…..Obracają moim ciałem w te i we te.
Ciągną do jaskrawo oświetlonej sali. Leżę jak martwa jaszczurka na stole w prosektorium. Szczęk narzędzi. Krótkie słowa – nic nie rozumiem!

Po przerwie wracam z nieświadomości. W oknie widzę skrawek nieba i kwitnącą glicynię w chmurze liści.
Czas nie istnieje, gdzieś odpłynął, tylko nad ranem, w poświacie odchodzącej nocy, kwiatów coraz mniej i mniej.
Doba za dobą, wszystkie takie same. Zachmurzone niebo z pasmami burzowych wiatrów. Na nagie już gałązki sypie drobny deszcz.
– A co z latem?
– Odeszło?
Nie zauważyło nawet jak bardzo je kocham. Jak bardzo jest mi potrzebne i jak często o nim marzę w moim mieście zatopionym w ciężkim smogu.
Planuję, że jak minie zima, wczesną wiosną wyjdę mu naprzeciw!
Pójdę szeroką doliną, wzdłuż rwącego dnem potoku. Będą wtedy kwitły drzewa, lekki wiatr, delikatne słońce i powietrze, które wędrowców pozbawia zmęczenia….. tam się spotkamy.
Już czuję nadchodzącą radość.
Płynę w subtelnym szumie traw, powoli unoszę się w gęstej mgle zawieszonej w rozmigotanym szronie. Słyszę dzwonki owiec na bezkresnych pastwiskach. Fale chłodu.

Chcę się obudzić!

<< Powrót na stronę główną